Kuzey zatrzymuje samochód przed swoim domem i pomaga Acelyi wysiąść. Dziewczyna spogląda niepewnie na wejście, jakby nie była pewna, czy powinna tu wchodzić. Jej dłonie drżą lekko, a spojrzenie błądzi po fasadzie budynku.

— Nie chcę nikomu przeszkadzać… — mówi cicho, niemal szeptem.Kuzey patrzy na nią z troską.— Nie chciałaś, żebym zawiózł cię do szpitala. Tutaj przynajmniej odpoczniesz pod moim okiem. Potem zawiozę cię, dokąd tylko zechcesz.Na jej ustach pojawia się delikatny, wdzięczny uśmiech.— Dobrze… Dziękuję, Kuzey.Dziewczyna przekracza próg i rozgląda się po przestronnym wnętrzu, jakby starała się zapamiętać każdy szczegół. Jej krok jest ostrożny, pełen rezerwy.— Czy mogę skorzystać z toalety? — pyta, przerywając ciszę.— Oczywiście — odpowiada szybko. — Jest na górze, zaprowadzę cię.Kiedy Acelya znika na schodach, Kuzey kieruje się do salonu. W pomieszczeniu unosi się zapach świeżo podanych potraw. Domownicy siedzą już przy stole, a atmosfera wydaje się ciepła i rodzinna.Bahar podrywa się z miejsca i obejmuje go z uśmiechem.— Kochanie, kiedy przyjechałeś? — pyta z czułością. — Nawet nie usłyszałam, jak wchodziłeś.— Połóżmy jeszcze jedno nakrycie — mówi spokojnie, ale stanowczo.Bahar marszczy brwi, zaskoczona.— Jeszcze jedno? Dlaczego?Kuzey rozgląda się po twarzach zgromadzonych i dopiero wtedy odpowiada:— Ponieważ mamy gościa.Naciye pochyla się lekko nad stołem, z uśmiechem pełnym ciekawości.— Kto to jest, synu? — pyta żywo. — Czy przyszła Feraye?Kuzey kręci głową.— Nie, mamo. To nie ciocia. — Zawiesza głos, jakby celowo budował napięcie. — To inna dama… zaraz ją poznacie.***

Acelya stoi w łazience, oparta o marmurowy blat, którego chłód przenika przez materiał jej rękawa. Z kranu sączy się strumień lodowatej wody, rozbijając się o porcelanową misę z jednostajnym, hipnotyzującym szumem. W lustrze odbija się jej twarz — blada, napięta, z oczyma pełnymi cieni. Zanurza dłonie w wodzie i ochlapuje nimi policzki, jakby chciała zmyć z siebie wspomnienia, które właśnie wracają z brutalną siłą.W jej głowie rozgrywa się scena sprzed miesięcy — obraz, który nie blaknie. Widzimy ją, jak biegnie przez salon, potyka się o dywan i upada na drewnianą podłogę. Jej ciało drży, a spojrzenie błaga o litość. Mężczyzna zbliża się powoli, z rękawami podwiniętymi do łokci, jakby przygotowywał się do aktu przemocy. Na jego nadgarstku błyszczy złota bransoletka, a wypolerowane pantofle odbijają światło lampy, groteskowo eleganckie w tej scenie grozy.Chwyta ją za ramię z brutalną siłą i podnosi, jakby była przedmiotem, nie człowiekiem. Kamera zatrzymuje się na jego twarzy — zaciśnięte szczęki, oczy pełne furii, skóra napięta od gniewu. To Levent, w całej swojej przerażającej postaci.— Zabiję cię! Zabiję! — wrzeszczy, a jego dłoń zaciska się na jej policzku. Paznokcie wbijają się w skórę, zostawiając czerwone ślady. Popycha ją z całych sił, rzucając na ścianę. Słychać głuchy odgłos uderzenia, a na jej czole pojawia się rozcięcie. Acelya osuwa się na podłogę, skulona, z oczami szeroko otwartymi, w których odbija się czysta groza. Czeka. Na kolejny cios. Na koniec.Ale wtedy — jakby ktoś przeciął ten obraz nożem — rozlega się stukanie do drzwi łazienki.— Wszystko w porządku? — pyta Kuzey. Jego głos jest miękki, ale pełen troski.Acelya wciąga powietrze, jakby wracała z głębin.— Nic mi nie jest. Umyję ręce i zaraz przyjdę.— Dobrze, nie ma problemu. Czekamy na ciebie w jadalni. Jeśli czegoś potrzebujesz, po prostu powiedz.Kroki Kuzeya oddalają się, a Acelya zostaje sama. Bierze kilka głębokich oddechów, próbując uspokoić puls, który dudni jej w skroniach. Zakręca kran. W łazience zapada cisza — gęsta, niemal sakralna. Lustro wciąż odbija jej twarz, ale teraz jest w niej coś nowego. Nie tylko strach. Jest też cień determinacji.***

Kuzey wraca do salonu i zajmuje swoje miejsce przy stole. Domownicy wpatrują się w niego z zaciekawieniem, wyczuwając, że ma im coś do opowiedzenia.— Jechałem samochodem, kiedy nagle… — zaczyna powoli, z namysłem. — Dziewczyna wyskoczyła mi wprost na drogę. Serce podeszło mi do gardła, byłem pewien, że ją potrącę.Bahar pochyla się do przodu. W jej oczach błyska niepokój.— I co się stało? Upadła sama, bez twojego uderzenia?Kuzey kiwa głową.— Tak. Upadła tuż przede mną. Okazało się, że cierpi na ciężką alergię. Zaczęła się dusić, brakowało jej tchu…— Boże święty… — wtrąca przerażona Naciye, przykładając dłoń do ust. — Synu, powinieneś jej pomóc!Kuzey spogląda na matkę z łagodnym uśmiechem.— Oczywiście, że pomogłem. Znalazłem w jej torebce adrenalinę i podałem jej zastrzyk. Gdyby nie to, mogło się źle skończyć.W tym momencie odzywa się Levent. Jego głos brzmi spokojnie, ale na twarzy maluje się dziwne napięcie.— A powiedz mi… na co dokładnie ta pani ma alergię?— Na orzeszki ziemne — odpowiada Kuzey.Na twarzy lekarza pojawia się cień niepokoju. Levent odchrząkuje, nerwowo poprawia kołnierzyk, jakby nagle w pomieszczeniu zrobiło się duszno.— Rozumiem… — wymamrotał, a potem, unikając spojrzeń innych, dodał: — A jak ma na imię?Zanim Kuzey zdąży odpowiedzieć, w drzwiach salonu pojawia się dziewczyna. Wchodzi powoli, z lekką niepewnością, a jednak jej obecność przyciąga uwagę wszystkich.— Oto pani Acelya — przedstawia ją Kuzey, podnosząc się z miejsca i wskazując krzesło przy stole. — Proszę, usiądź tutaj.Dziewczyna uśmiecha się delikatnie i siada dokładnie naprzeciwko Leventa. W tej samej chwili twarz doktora blednie, jakby zobaczył przed sobą ducha z przeszłości. Jego palce zaciskają się na sztućcach, a w oczach odbija się szok.***

Levent wstaje od stołu z przyciszonym usprawiedliwieniem — „muszę tylko szybko do łazienki” — i wychodzi korytarzem na zewnątrz. Chwilę później Acelya również wychodzi, tłumacząc się koniecznością wykonania telefonu.Zanim zdążą oddalić się od domu, Levent chwyta ją za ramię i odciąga ku bramie, tak że stają w półmroku pod wysokim murkiem.— Co tu robisz?! — wybucha, ciągnąc nią stanowczo w stronę ogrodzenia. W jego głosie słychać złość i panikę, jakby każde słowo kosztowało go wysiłek.Acelya odwraca się gwałtownie, spojrzenie ma płonące. Nie boi się już — w jej postawie jest nowa siła.— Przyszłam powiedzieć wszystkim, jakim jesteś człowiekiem! — krzyczy, a słowa trzaskają w powietrzu.Levent przechyla się do przodu, próbuje ją przycisnąć do muru, ale Acelya natychmiast go odpycha. Ruch jest nagły i zdecydowany — nie jak słabe pchnięcie ofiary, lecz reakcja kogoś, kto wie, jak postawić granicę.— Zostaw mnie! — wycedza przez zęby. — Nie masz już przed sobą tej samej dziewczyny!Jego twarz zastyga w gniewnym grymasie. Acelya robi krok naprzód, jej głos drży, lecz nie ze strachu — z determinacji.— Ta naiwna dziewczyna, którą kontrolowałeś lekami, przestała istnieć. Rozumiesz? — mówi twardo. — Nie pozwolę, żebyś dalej mnie wykorzystał!Levent zsuwa rękę z jej ramienia i syczy przez zaciśnięte zęby:— Zamknij się! Ktoś jeszcze usłyszy.— Niech usłyszą! — odpowiada Acelya bez wahania. — Dokładnie po to tu przyszłam. Twoja narzeczona musi wiedzieć, z kim ma do czynienia. Nie pozwolę, żeby skrzywdził ją ten sam człowiek, który skrzywdził mnie.W oczach Leventa pojawia się błysk, który mógłby być odebrany jako groźba. Dłoń zaciska mu się na krawędzi bramy.— Zamknij się, bo inaczej… — zaczyna, ale jego głos traci pewność.Acelya nie cofa się ani o milimetr. Wbija palec wskazujący w jego klatkę piersiową i patrzy mu prosto w oczy.— Bo inaczej co? — wyzywa go spokojnie. — Zabijesz mnie? Słuchaj, Levencie — mówi nisko, prawie szeptem, tak że słowa trafiają prosto do jego sumienia — albo do jutra oddasz mi moje pięć milionów, albo powiem wszystko Kuzeyowi i twojej narzeczonej. I uwierz mi — nie będzie odwrotu.Na chwilę między nimi zapada napięta cisza. Levent wodzi wzrokiem po jej twarzy: widzi drżenie rąk, widzi łzy, ale też widzi nieugiętość. Coś w jego postawie pęka — częściowo gniew, częściowo strach. Wreszcie spuszcza wzrok i robi krok w tył, jakby kalkulował koszty.Acelya stoi prosto, z pewnym spojrzeniem i ciężkim oddechem. W jej oczach mieszają się ulga i ostrożność — wie, że wygrała tę rundę, ale również czuje, że to dopiero początek wojny.***Taylan siedzi na zimnym murku i powoli przelicza gotówkę, którą przyniosła mu Melis. Banknoty szeleszczą w jego dłoniach, jeden po drugim, jakby celowo przeciągał tę chwilę.— Może powinieneś zabrać ze sobą maszynę do liczenia pieniędzy — rzuca Melis zniecierpliwiona, trąc dłonie o ramiona.— Co się dzieje? Zimno ci? — pyta z kpiącym uśmiechem.— Marznę tutaj — odpowiada ostro. — Jestem w ciąży, a ty każesz mi stać w tym chłodzie i patrzeć, jak liczysz każdy banknot jak skarb. Czy możesz wreszcie przejść do rzeczy?Taylan unosi wzrok i przygląda jej się z drwiną.— Wy, bogaci, zawsze chcecie, żeby wszystko działo się szybko.— A co to ma wspólnego z pieniędzmi? — Melis zaciska usta.— Słuchaj, dziewczyno… jeszcze wczoraj zbierałem papiery i plastiki, które ty i tobie podobni wyrzucaliście.— No i co z tego? — odpowiada wyniośle, z wyraźnym zniecierpliwieniem.— Dlatego właśnie — Taylan macha w powietrzu banknotem — przeliczę każdy grosz, kawałek po kawałku. Bo te pieniądze to mój nowy początek.Melis wzdycha ciężko, poirytowana.— Wspaniale. Masz swoje pieniądze, buduj sobie życie od nowa. A teraz powiedz mi wprost: kto jest ojcem Zeynep?Taylan uśmiecha się szyderczo.— A jesteś gotowa na to, że twoje życie legnie w gruzach, gdy ci odpowiem?— Co moje życie ma wspólnego z życiem Zeynep? — Melis marszczy brwi, ale w jej głosie słychać nutę niepokoju.— Więcej, niż przypuszczasz. Od samego początku jesteście ze sobą związane.— O czym ty mówisz?! — podnosi głos, a jej serce zaczyna bić szybciej.Taylan opiera się wygodniej o mur.— O twoim ojcu, panu Bulencie. Zanim pojawiła się twoja matka, była w jego życiu inna kobieta.— To chyba normalne, że miał przeszłość? — Melis próbuje brzmieć pewnie, ale jej głos drży.— Normalne, owszem. Ale jeśli tą kobietą była Gonul, to czy dalej wydaje ci się to takie zwyczajne?Melis blednie w jednej chwili. Wstaje gwałtownie z murka, jakby uderzył ją piorun. Jej oczy rozszerzają się z przerażenia.— C-co? — pyta łamiącym się głosem. — Chcesz powiedzieć, że… tata był z Gonul, zanim poślubił mamę?— Dokładnie tak. — Taylan wstaje powoli, patrząc jej prosto w oczy. — Pocałunek, który widziała twoja matka, nie był ich pierwszym. Byli razem dużo wcześniej.— Kłamiesz… — Melis potrząsa głową, próbując odgonić od siebie tę wizję. — Wymyśliłeś to wszystko tylko po to, żeby wyciągnąć ode mnie dwieście tysięcy!— Zadzwoń do rodziców i zapytaj ich, jeśli mi nie wierzysz — odpowiada spokojnie, niemal wyzywająco.— Gdyby to była prawda, dawno by mi powiedzieli!Taylan uśmiecha się krzywo.— A jak myślisz, dlaczego Bulent, twój kochany tatuś, nagle wyjechał z Turcji? Dlaczego twoi rodzice się rozwodzą? To nie przez Gonul?— Nie… nie! — Melis drży cała, a jej głos przechodzi w szept. — Wymyślasz to… dla pieniędzy!— To, że w to nie wierzysz, nie zmieni prawdy. — Taylan pochyla się ku niej. — Chcesz jeszcze jedną? Nie jestem ojcem Zeynep.Melis wstrzymuje oddech.— To już wiem. Więc… kto nim jest?— Bulent. Twój szanowny tatuś. Jest ojcem Zeynep. Ty i ona jesteście siostrami.Melis chwyta się za głowę, jakby świat osunął się jej spod nóg. Do oczu napływają jej łzy, a z gardła wydobywa się cichy szloch. Jest zdruzgotana, jak nigdy dotąd.***Gonul zatrzymuje się przed drzwiami domu Feraye. Waha się chwilę, ale w końcu naciska dzwonek. Otwiera jej Seda, która z lekkim zaskoczeniem w oczach, lecz bez słowa, zaprasza do środka.Po chwili w korytarzu pojawia się Feraye, elegancka jak zawsze, choć w jej spojrzeniu od razu pojawia się chłód.— Co tutaj robisz? — pyta, unosząc brew.Gonul nerwowo splata dłonie, szuka właściwych słów.— Zeynep… chciała tu przyjść. Chciała powiedzieć Melis całą prawdę. To, że są siostrami.Feraye przymyka oczy, jakby potrzebowała momentu, by przetrawić te słowa.— Sama chciała to zrobić? — pyta powoli.— Tak. Cihan próbował ją powstrzymać, ale ona nie chciała go słuchać — Gonul mówi szybko, z widocznym napięciem. — Tak właśnie mi powiedział.— Cihan? — Feraye marszczy brwi. W jej głosie pobrzmiewa zdziwienie, ale i coś więcej — nuta podejrzliwości.— Tak. Przyszedł do mnie i wyraźnie to podkreślał: że próbował odciągnąć ją od tego kroku, że nie zgadzał się na jej upór.Feraye mierzy ją długim spojrzeniem. Na jej twarzy maluje się niepewność, jakby nagle coś się nie zgadzało w układance, którą układała w głowie od dawna.— Dziwne… bo Zeynep powiedziała coś zupełnie innego. — Jej głos brzmi teraz ostrzej. — Powiedziała, że Cihan ją wspiera. Że właśnie dzięki niemu poczuła się pewniejsza i zdecydowała się na ten krok.— Jak to? — Gonul patrzy na nią zdezorientowana. — Więc kto mówi prawdę?Feraye kręci głową, w jej oczach błyska niepokój.— Nie wiem. Ale jedno jest pewne… ktoś z nich kłamie. Albo Cihan, albo Zeynep.***Następnego dnia Acelya idzie poboczem, ciasno owijając szal wokół szyi. Powietrze jest ostre, a jej kroki szybkie i nierówne — jakby każdy oddech kosztował ją wysiłek. Nagle biały samochód gwałtownie zajeżdża jej drogę i hamuje z piskiem opon. Drzwi pędem otwiera Levent i podbiega do niej.— Zwariowałeś?! Co ty robisz?! — krzyczy Acelya, cofając się o krok.Levent zatrzymuje się naprzeciw, z twarzą wykrzywioną desperacją. Głos mu drży, a każdy ruch jest napięty jak sprężyna.— Odejdź precz z mojego życia! — wybucha. — Sila jest inna, rozumiesz? Jestem w niej zakochany!Acelya parska śmiechem, ale w jej oczach nie ma już strachu — jest tylko chłodna determinacja.— Nie możesz kochać nikogo! — odpowiada ostro. — Nie po tym, co zrobiłeś. Jakimi lekami ją trujesz? Ukradłeś pieniądze mojego ojca. Czego właściwie od niej chcesz?Levent robi krok do przodu, jakby chciał przekonać cały świat o swoim uczuciu.— Chcę tylko, żeby mnie kochała. Chcę zdobyć jej serce. Naprawdę ją kocham. Nie zepsujesz tego. Nie pozwolę na to.Acelya podnosi głowę, ściskając torbę w dłoni tak, że palce bledną.— Nie jesteś facetem, który potrafi się naprawdę zakochać, Levencie — mówi zimno. — Zostawiłeś mnie i poślubiłeś inną. Mówiłeś jej, że ją kochasz. Gdzie ona jest teraz? Co jej zrobiłeś?— Zamknij się! — syczy Levent. Zaciska pięść i unosi ją w górę. Jego ręka zawisa w powietrzu, jakby miał zadać cios.Acelya nie drgnie. Mówi spokojnie, ale z żelazną pewnością:— Nie uderzysz mnie tutaj. W publicznym miejscu zniszczysz jedynie swój obraz „dobrego człowieka”.Levent chwyta jej podbródek i ściska mocno. W jego oczach błyska gwałtowność.— Zamknij się! — wrzeszczy.Acelya patrzy mu prosto w oczy. Jej głos jest twardy jak stal:— Bo co mi zrobisz?Levent odciąga dłoń, jakby stracił ochotę na dalszą przemoc. Sięga do bagażnika i wyciąga neseser. Drzwi zamykają się za nim jak zapowiedź transakcji.— Dobrze — mówi ostro, stawiając neseser na masce samochodu. — Masz tu milion. Weź i znikaj. Resztę dostaniesz później.Acelya odsuwa walizkę zdecydowanym ruchem.— Żadnych negocjacji — odpowiada twardo. — Chcę całe pięć milionów teraz. I wiedz jedno: jeśli coś mi się stanie, moje oświadczenie od razu trafi do prokuratury. Znajdź pieniądze albo opowiem wszystko Sili i Kuzeyowi.Między nimi zapada ciężka cisza — dźwięk ruchu ulicy jakby nagle przygasł. W oczach Leventa coś się zmienia: gniew miesza się z kalkulacją i, może po raz pierwszy, prawdziwym lękiem. Acelya stoi prosto, a następnie odwraca się i odchodzi.***Bahar wychodzi z domu, cicho zamykając za sobą drzwi. Na podwórzu stoi Levent. Jego sylwetka jest napięta.— Co tu robisz? — syczy Bahar, natychmiast rozglądając się wokół, jakby obawiała się, że ktoś ich podsłucha. — Ktoś jeszcze nas zobaczy. Dlaczego chciałeś, żebym wyszła natychmiast? Czy wydajesz mi rozkazy?Jej głos ma w sobie ostrą nutę wyższości i ukrytego niepokoju. Levent milczy przez chwilę, jego oczy są skupione, bolesne. Zanim zdąży odpowiedzieć, zza rogu wyłania się Cavidan; podchodzi szybko, twarz ma stonowaną, ale w głosie słychać zirytowane zdenerwowanie.— Co się tu dzieje? — pyta krótko, patrząc raz na córkę, raz na Leventa.Levent nie traci ani chwili. Podchodzi bliżej, głos ma stłumiony, ale twardy jak ostrze noża.— Potrzebuję pieniędzy — mówi bez ogródek, patrząc prosto w oczy Bahar. — Masz trzy miliony?Bahar cofa się o krok, jakby sama nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.— Jakie trzy miliony? — wykrztusza. — Przecież mówiłam ci, że nie mamy pieniędzy!Levent przybliża się jeszcze bardziej; w jego tonie nie ma już prośby, jest groźba.— Oboje zostaniemy zniszczeni, jeśli nie znajdziesz tych pieniędzy w ciągu kilku godzin — wyrzuca szybko. — Kuzey dowie się wszystkiego. Acelya opowie mu, co wie. Jeśli ona mnie zniszczy, ja zniszczę ciebie. Potrzebuję trzech milionów. W przeciwnym razie możesz zapomnieć o Kuzeyu, a ja o Sili.Twarze Bahar i Cavidan zamarzają, jakby uderzyło w nie lodowate powietrze prawdy, której nikt nie chciał przyjąć.




