Bahar w szoku! To miał być jej wielki dzień… dopóki prezent nie ujawnił szokującej prawdy!

Gokhan — mężczyzna, którego Melis najchętniej wymazałaby ze swojego życia — znów nie daje jej spokoju. Telefon wibruje uporczywie na stoliku, po raz kolejny wyświetlając jego imię. Melis zaciska szczęki. Serce zaczyna bić jej szybciej, ale nie z emocji… z wściekłości.
Ignorowała go przez cały dzień. Wysłała mu krótkie, ostre wiadomości, błagając, grożąc, żądając, by wreszcie ją zostawił. Ale on, jak zawsze, nie rozumie granic.
Telefon dzwoni po raz piąty. I wtedy Melis traci cierpliwość. Zrywa aparat ze stolika i wciska zieloną ikonę.
– Czego znowu chcesz?! – wybucha, jeszcze zanim on zdąży się odezwać.
W słuchawce słychać jego cichy, łamiący się głos:
– Chciałem tylko zapytać… jak czuje się nasze dziecko?
– Nasze? – Melis prycha z pogardą. – Co cię obchodzi, jak ono się czuje? Nie chciałeś tego dziecka, pamiętasz?!
Po drugiej stronie zapada cisza. Tylko jego przyspieszony oddech zdradza, że wciąż tam jest.
– Melis, ja…
– Nie! – przerywa mu ostro. – To dziecko należy do Egego. Nie do ciebie.
Jej głos zaczyna drżeć, ale nie traci ostrości.
– Jestem mężatką. Tysiąc razy powtarzałam ci, żebyś się ode mnie odczepił.
Uderza dłonią w stół.
– Powiem to po raz ostatni: nie dzwoń do mnie więcej. Nigdy.
Rozłącza się tak gwałtownie, że telefon omal nie wypada jej z dłoni. Odwraca się, chcąc odejść, ochłonąć, złapać oddech… i w tym momencie jej twarz nagle blednie jak papier.




